Smutne obowiązki prezydenta USA

Zasób słownictwa i zdolności oratorskie i retoryczne Donalda Trumpa jakie są, każdy słyszy. O ile dość sprawnie posługuje się twitterem i komunikuje swoim zwolennikom stuczterdziesto znakowe przekazy podprogowe bardzo łatwo, to skonstruowanie poważniejszego przekazu przychodzi mu z trudem. Ostatnio ten swoisty analfabetyzm wpędził go w solidne kłopoty.
4 października w Nigerii zginęło czterech amerykańskich żołnierzy. Prezydent Trump zastał kilka dni po tym zapytany na konferencji prasowej czy złożył już kondolencje rodzinom.
Nie zrobił tego i poczuł się z pewnością zagrożony zadanym pytaniem, ponieważ natychmiast dodał, że i Bush i Obama też kondolencji nie składali.
Dziennikarze i byli wojskowi bardzo szybko wykazali mu, że się myli i że poprzedni prezydenci na różne sposoby oddawali cześć poległym amerykańskim żołnierzom.
Po pierwszej wpadce prezydent Trump postanowił brnąć dalej. Wypytał swojego doradcę i szefa sztabu, Johna Kelly jak powinno rozmawiać się z rodziną poległego. Akurat Kelly, były czterogwiazdkowy generał marines, ma ponure doświadczenie, ponieważ sam stracił syna – oficera – w Afganistanie, w 2010 roku. Generał Kelly powiedział prezydentowi mniej więcej tak: „W naszym kraju 1% ludzi świadomie decyduje się na podjęcie ryzyka i narażanie życia w imię obrony USA. Wiedzą na co się piszą i ich poświęcenie jest przykładem dla nas wszystkich”. Poza tym powiedział prezydentowi, żeby lepiej nie dzwonił do rodziny poległego, bo to może być niezwykle ciężka rozmowa.
Oczywiście prez. Trump, który ma kompleks niedostatku prezydenckości (co pokazywał w czasie kampanii) zdecydował się zadzwonić do jednej z wdów po zabitych żołnierzach. Wybrał wdowę po sierżancie La Davidzie Johnsonie.
Zadzwonił w momencie kiedy ta biedna kobieta, będąca w ciąży, jechała na lotnisko odebrać ciało męża.
Prez. Trump, nie pamiętając rad gen. Kelly, powiedział wdowie, że „jej mąż wiedział na co się pisze”. I tyle. Prawda, że piękne słowa pocieszenia mogą brzmieć prostacko, jeśli wypowiada jest prostak? Dodatkowo jeszcze pomylił nazwisko poległego, nie dodając tego „La” przed imieniem.
Wszystko to wiemy z relacji wdowy oraz z relacji przyjaciółki domu, członkini Kongresu, która jechała samochodem z wdową po sierżancie.
Wkrótce cała Ameryka usłyszała, że prezydent Trump obraził żonę poległego, że nie umie złożyć kondolencji. Pewien szczególny swąd rozszedł się rówież z powodu tego, że wdowa i członkini Kongresu są czarne i stały się obiektem ataku prezydenta, a później jego ludzi. Przypomniano Trumpowi jego poprzednie ataki na rodziny weteranów. To nie wygląda dobrze w kraju, gdzie relacje państwa z rodzinami poległych określa się mianem „sacred trust”.

I teraz konkluzja: wierzę, że prezydent Trump chciał dobrze, że chciał naprawdę pocieszyć tę wdowę. Chciał być prezydencki, tylko wyszło mu jak zawsze. Jest jednak celebrytą i biznesmenem z wątpliwym dorobkiem i najwyraźniej nie umie zdobyć się na empatię i krasomówstwo.
Doświadczył katastrofy wizerunkowowej. która sama w sobie nie jest może zbyt istotna, jednak przykrywa ona znacznie poważniejsze sprawy, już z dziedziny wielkiej polityki wojskowej i krajowej.
Otóż można zadać sobie pytanie: co amerykańscy żołnierze robią w Nigrze? Nagle Ameryka dowiedziała się, że jest ich tam aż 800 i wykonują jakieś nieznane szerzej działania wojskowe. Nawet znany jastrząb i miłośnik siły militarnej USA, sen. Lindsey Graham był zaskoczony, że Ameryka ma swój kontyngent w tej części Afryki. 800 żołnierzy tu, 1000 tam, w Afganistanie coraz więcej… Chyba za dużo tych wojen?
Po wtóre, okazało się, że otoczenie się przez Trumpa generałami zupełnie nie zmniejsza fatalnego stylu kierowania najważniejszym urzędem świata. Owszem, generałowie Mattis, MacMaster, Kelly i inni są na pewno świetnymi urzędnikami, ale natłok generalski w Białym Domu budzi pewne obawy, zwłaszcza, że Kongres amerykański ma problemy z kontrolowaniem polityki prezydenckiej. Rodzi to obawy, czy amerykańska polityka nie zostanie zbytnio zmilitaryzowana. Generał Kelly zaczął swojego szefa bronić publicznie (kłamiąc zresztą w sprawie wspomnianej członkini Kongresu), używając śmierci swojego syna jako jednego z narzędzi politycznych… To paskudnie wygląda.
I po trzecie: Donald Trump staje się Anty-Midasem. Wielu rzeczy dotyka, zamieniając coś, co było uświęcone, jak sprawy weteranów i apolityczność wojskowych, w nieprzyjemną substancję.
Mam wrażenie, że to jest droga ku zatraceniu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s