Generałowie po Afganistanie

Od pewnego czasu niepisanym kryterium doskonałości zawodowej żołnierza, zwłaszcza generała, stał się udział w kontyngencie wojskowym w Iraku lub Afganistanie. Ta druga misja niebywale pobudza wyobraźnię i wskazuje na posiadanie jakichś wyjątkowych zdolności generalskich, no bo Irak… wiadomo, wojna niesłuszna i udział raczej wstydliwy. Tymczasem, wiecie rozumiecie, Afganistan! Tam i sprzęt nowoczesny był i koalicjanci zaszczytni i sprawa bardzo realna, bojowa i niezwykle profesjonalna. Afganistan stał się, jeśli nie przepustką, to na pewno warunkiem sine qua non do zajmowania najwyższych stanowisk w polskim wojsku. Ostatnio usłyszeliśmy wersję tego kryterium do usprawiedliwienia exodusu generałów, kiedy MON ogłosił, że zwalniane stanowiska zajmują ludzie z doświadczeniem afgańskim. Nie dodaje, że stanowiska te opuszczane są również przez takich ludzi, no ale po co mieszać ludziom w głowach.

Ale co naprawdę oznacza owo „afgańskie doświadczenie”? Czego się tam nauczyli żołnierze i dowódcy, co mogłoby faktycznie przydać się w dowodzeniu siłami zbrojnymi w Polsce? I jeszcze jedno, chyba najcięższego kalibru pytanie, choć przecież nie zadane publicznie: czy doświadczenie z wojny afgańskiej może przydać się w lepszym prowadzeniu wojny polsko-mordorskiej na naszym terytorium?

Na początek anegdota. Tłumaczył mi w Kabulu pewien wysoki rangą Polak: no wiesz, my tu sobie na tych talibów popatrzymy, poobserwujemy jak oni tę partyzantkę robią, jak te miny pułapki IED zakładają, jak likwidują „zdrajców”, a potem, jakby co w Polsce, to też do podziemia zejdziemy i sami będziemy „ajdiki” kłaść.

Szczęście, że nie dodał, że również będziemy zamachy samobójcze robić, choć przecież w Polsce już takie pomysły mieliśmy.

No ale poważnie, czego się tam nasi generałowie nauczyli, że epizod misyjny stał się wymogiem w CV?

Nauczyli się wydawać polecenia do zabijania ludzi. Niektórzy, których pamiętam, robili to z wielką ostrożnością i mieli później świeczki w oczach. Czuli odpowiedzialność, czuli śmiertelność swoich decyzji, choć czuli też absolutną przewagę nad swoimi ofiarami (starcie taliba vs. dron z hellfajerem, no pomyślcie). Może zabrzmi to nieco absurdalnie, choć dla mnie takie nie jest, ale umiejętność decydowania o życiu przeciwnika jest kluczowa dla żołnierza, który nie zawsze ma szansę na wojnie być.

Byli też tacy dowódcy, którzy z zabijania ludzi obserwowanych w kamerze balonu obserwacyjnego czerpali nadzywczajną satysfakcję i nie wahali się jej okazywać. Patrzyłem kiedyś na ekran, na którym Afgańczyk łaził po górze i coś tam dłubał. Śledził go nasz balon i wobec człowieka tego dowódca polski miał zamiary mordercze, podejrzewając, że kable jakoweś kładzie, by wspomniane „ajdiki” móc uruchamiać. Zaprosił mnie nasz oficer do centrum dowodzenia, mówiąc, że będziemy zaraz do taliba z haubicy strzelać i że mogę sobie popatrzeć. Mówię mu więc, patrząc w szary ekran, generale, ale to pastuszek chyba jakiś łazi sobie po zboczu, tam żadnej drogi przecież nie ma i nie ma co ładunków kłaść. A on mi na to, że jak to, widać przecież, że dłubie, o! o! jak dłubie w ziemi, ajdiki zakłada, kable ciągnie, będzie zamach!… I tak się przekomarzaliśmy wisielczo, on mi mówi, no patrz kurwa jaki talib, a ja na to, że pastuszek… aż w końcu w kadr kamery obserwacyjnej faktycznie weszło stado owiec i nie niepokojony pastuszek afgański poszedł sobie dalej.

Myślę, że człowiekowi temu uratowałem wówczas życie.

No więc nauczyli się nasi wyżsi oficerowie zabijać. Inna sprawa, że jak pokazałem powyżej, zabijanie w ich cyklu życia zawodowego to realizowane było raczej na ekranie monitorów (w odróżnieniu do szeregowego żołnierza), ale zawsze to jakieś doświadczenie. Czy by to się w Polsce przydało? Nie wiem, to sprawa bardzo subtelna, bardziej z psychologii, niż z umiejętności dowodzenia.

Nauczyli się też nasi generałowie posyłać na ryzyko własnych ludzi i co z tym związane, żegnać odlatujących do Polski zabitych lub poranionych żołnierzy. To jest lekcja najokrutniejsza, ale mam nadzieję, że przynajmniej niektórych z nich nauczyło to szacunku dla życia podwładnych. Pamiętam jednego z generałów, kiedy drżącymi rękoma wkładał w ręce zabitego żołnierza nieśmiertelnik. Poszarzał ów generał strasznie i postarzał się, płakał, a później zajął wysokie stanowisko w hierarchii polskiego wojska. Szanowałem go niezmiernie, niestety jego doświadczenie w polskim wojsku nie będzie już wykorzystywane, więc on akurat jest przykładem tego, że „Afgańczyków” się jednak nie ceni we współczesnym MON.

Inna możliwa lekcja to współdziałanie z sojusznikami. Otóż założenie mamy takie, że skoro w Afganistanie polski oficer z amerykańskim dobrze sobie radzili, to i w Polsce, jeśli ciężkie terminy nadejdą, wespół z Amerykanami damy radę.

Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie te struktury, nie te związki taktyczne i operacyjne, nie ten poziom dowodzenia i wzajemnego przenikania się hierarchii wojskowej. Nie te systemy dowodzenia i środki rozpoznania, wszystko prawie w warunkach wojny w Polsce byłoby inne i żadne afgańskie doświadczenie by się tu nie przydało, tego akurat jestem pewien. W Afganistanie myśmy byli całkowicie logistycznie zależni od Amerykanów, w Polsce wyglądałoby to zupełnie inaczej, biedniej mam wrażenie. Jeśli w ogóle ktoś nam z pomocą przyjdzie, to odbywać się to będzie na innych zasadach opisanych w planach ewentualnościowych NATO, które nijak się mają do doświadczenia misyjnego. Owszem, cenne jest braterstwo broni, cenne są wspólne przeżycia misyjne Polaków i Amerykanów, ale jednak byłyby to dwie zupełnie inne operacje – afgańska przeciwko rebelii i polska obronna (teoretyczna).

No to może dałoby się przenieść chociaż model dowodzenia ISAF lub operacji koalicyjnej w Iraku na grunt polski? No też nie, niestety, bo w Afganistanie strefy (sektory) miały charakter narodowy i przede wszystkim polityczny i były pewnym serwitutem pod adresem koalicjantów, domagających się „podnoszenia flagi”. Niemcy wysłali 5,5 tys. żołnierzy więc dostali strefę północną, Włosi to samo, to samo Brytyjczycy. Polacy się na szczęście własnej strefy w Afganistanie nie dorobili, choć i takie ambicje były, skończyło się na jednej nieznaczącej, choć upierdliwej prowincji Ghazni. W strukturach ISAF-u również polscy generałowie nie doszli do wpływowych funkcji (choć bardzo chcieli – ale nie wyszło) i nie mieli okazji poćwiczyć i samemu przeżyć tego, jak kieruje się wielką operacją wojskową.

Wielu komentatorów powtarza również, że Afganistan był dla polskiego wojska przełomem technologicznym. No bo noktowizory, no bo drony, no bo w końcu słynne Rosomaki, które faktycznie życie ludziom ratowały. Wszystko to piękne, ładne i bardzo zaawansowane, mam jednak obawy, czy Rosomaki równie dobrze sprawdzą się w polskich warunkach, bo już w Afganistanie dociążone były ponad miarę tymi wszystkimi zagłuszarkami, siatkami na rakiety RPG, trałami – typowa obrona przed zasadzkami. Drony, owszem, pożyteczna rzecz, ale w Afganistanie mieliśmy ich mało, były raczej w testach niż w użytku i wprowadzono je już raczej w końcówce misji. Przez długie lata, od 2007 roku zdani byliśmy na wsparcie Amerykanów, zresztą mam wrażenie, że te bezzałogowce, które latały nad Ghazni, miałyby raczej ograniczone zastosowanie w Polsce, gdzie teren większy, zalesiony i płaski. Sporo zmieniło się w wyposażeniu indywidualnym żołnierza, te wszystkie kamizelki, gogle, hełmy z kevlaru – to jest jednak standard współczesny i bez uczestnictwa w misji.

Ale i tak największą zbrodnią technologiczną na ciele polskiego wojska jest to, że od 2003 roku, odkąd wysłaliśmy te cholerne Mi-8, Mi-17 i Mi-24 do Iraku i Afganistanu, niemalże natychmiast stwierdzając ich nieprzydatność, polska armia nie dorobiła się nowych śmigłowców transportowych. W zasadzie wszystkich, którzy MON-em kierowali od tego roku, można by o to straszne zaniechanie oskarżyć i wyśmiać ich facecje o modernizowaniu armii.

Więc jeśli kto mi mówi, że polska armia się zmieniła w Afganistanie, to ja odpowiadam, że przez te cholerne dziadowskie śmigłowce o mało nie zginąłem na drodze pod Qarabaghem, bo się mój Mi-17 nie umiał na czas wznieść w powietrze i pierdyknął w samochód na drodze. I się bardzo tym denerwuję, bo mnie do dzisiaj to wspomnienie szarpie, kiedy widzę paroksyzmy kolejnego ministra obiecującego, że coś kupi, a ja wiem że nie kupi, bo ani Afganistan, ani żadna okoliczność nas niczego nie nauczyły. A to co kupimy, te nieszczęsne Black Hawki, to może i ładne są, ładnie dziesięciu specjalsów za jednym razem będą wozić (ciekawe tylko skąd pilotów znajdą?), można też będzie nimi przez wyimaginowane Zaleszczyki szybko spieprzać, jak Mordor nas napadnie. Porządnego śmigłowca transportowego dla armii wciąż nie ma i nie będzie nigdy – jakże łatwo być Wernyhorą w tym kraju!

Ktoś powie, ale przecież nasi „specjalsi” doskonale się w Afganistanie spisali! No cóż, składam tutaj votum separatum, bo największe problemy z siłami specjalnymi mieliśmy nie dlatego, że brakowało im umiejętności indywidualnych, ale dlatego, że przez bardzo długi czas uzależnieni byli całkowicie od wsparcia sojuszniczego, jeśli chodzi o całą „otoczkę” operacji: rozpoznanie, planowanie, dolot (te cholerne Mi-17!) i odlot oraz brak dowiązania do systemu koalicyjnego rozpoznania. Na koniec się to trochę poprawiło, może dlatego, że te „siedemnastki” pospadały i nikt już na nie nie liczył i brał transport powietrzny od Amerykanów. Ale jak powiedział jeden generał sojuszniczy: panie, ja tu mam w ISAF ze dwadzieścia różnych dzielnych zespołów sił specjalnych, które tylko czekają, żeby talibów zabijać. Wasi commando „kinetycznie” może są i nieźli, ale przecież śmigłowców nie mają i do tych zabijanych talibów nie dolecą… Niech rozdają koce na zimę Afgańczykom.

Czego się w Afganistanie jeszcze nie nauczyliśmy?

Polskie wojsko – to moja prywatna opinia – nie nauczyło się w Afganistanie zbyt wiele o relacjach żołnierz – ludność cywilna. Owszem, kontakty te wydają się naapierwszy rzut oka niezwykle rozległe, nie nastąpiło jednak zasadnicze przełamanie i zrozumienie celów tej misji, jaką była właśnie ochrona cywilów. Nanghar Khel jest tylko najsmutniejszym przykładem tego nieprzepracowania tych spraw w polskim wojsku, były też inne. Ciekaw jestem, jak polskie wojsko zachowa się wobec cywili polskich w trudnym czasie.

Polskie wojsko, żal przyznać, nie błysnęło językiem angielskim w Afganistanie. Bywało, że nasi oficerowie byli odwoływani ze stanowisk, bo się nie moglo dogadać z sojusznikami, bywało, że nasi generałowie słyszeli słowa takie jak „powiem krótko, choć i tak nie zrozumiesz” od jakiegoś brytyjskiego chama. Owszem, bywali generałowie z angielskim wybitnym, ale to niestety wciąż były wyjątki, kształcone na amerykańskich uczelniach. Przypomina mi się wyjątkowo generał Buk ze swoim swobodnym oksfordzkim i cytatami w łacinie… Całokształt to było jednak raczej dukanie, niż swobodne żołnierskie żarty, niezbędne przecież przy budowaniu koalicyjnego braterstwa.

O uczeniu się działań partyzanckich już wspomniałem w kategoriach anegdoty i tak bym pewnie dalej o tym opowiadał, gdyby nie te siły terytorialne, które rzekomo będą granic wschodnich pilnować i być może tam po lasach miny-pułapki zakładać… na kogo to nie wiem, bo ci co będą tu chcieli wtargnąć z partyzantką bohaterską poradzą sobie „w tri miga”. OT w obecnym kształcie widzę jako przepis na narodową masakrę (kiedyś o tym napiszę). A do prawdziwej rezerwy terytorialnej droga wiedzie inaczej, przez ścisłe podporządkowanie jej siłom lądowym, jako formacji pomocniczej, a nie elitarnej.

Dobrze więc, jest więc to doświadczenie afgańskie istotne dla bycia dobrym generałem w Polsce czy nie?

Ci którzy do Afganistanu lub Iraku przyjechali jako dojrzali żołnierze, jako dbający dowódcy, jako dobrze przygotowani taktycy, z piękną kartą dowodzenia na wielu szczeblach, dobrze sobie tam dali radę i Afganistan ich wyłącznie utwierdził w tych zaletach. Oficerowie ci czuli się pewnie w systemie dowodzenia misji ISAF, pewnie w kontaktach z Amerykanami i pewnie na polu walki. Owszem, zdarzały im się kiksy, jak wszystkim w Afganistanie, wynikające głównie z tego, że nikt oprócz Amerykanów nie miał pojęcia po co my tu jesteśmy, ale jednak byli to oficerowie dobrze wypełniający zadania. Ale oni – zabrzmi to może dziwacznie – „afgańskie” umiejętności już do Afganistanu przywieźli i tam je tylko wzmacniali. Najcenniejszą z tych umiejętności była inteligencja i elastyczność oraz szybkie uczenie się warunków wojny i wykrojenie z niej własnego, nienajwiększego, ale ważnego mimo wszystko kawałka.

Inni… byli po prostu przeciętniakami, zaliczającymi misję, dla których nie stała się ona istotnym etapem rozwoju osobistego i zawodowego. Przyjechali, wyjechali, myśleli, że dostaną kolejną gwiazdkę, ale nie dostali i już.

Ci pierwsi teraz z wojska odchodzą.

Jedna uwaga do wpisu “Generałowie po Afganistanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s