Wściekli generałowie, smutni generałowie

Jakiś czas temu udało mi się w „Polityce” opisać nagły zaciąg wojskowych do administracji Donalda Trumpa. W artykule nie poświęciłem zbyt wiele uwagi Mike’owi Flynnowi, bo inni (Mattis, Kelly) wydali się ciekawsi, ale okazuje się, że to właśnie gen. Flynn jest przyczyną pierwszego (i pewnie nieostatniego!) poważnego kryzysu tej prezydentury. Po trzech tygodniach od zaprzysiężenia!

W ubiegłą niedzielę Flynn został odwołany ze stanowiska doradcy ds. bezpieczeństwa prezydenta USA. Oficjalnie prezydent wymógł na nim rezygnację, kiedy okazało się, że Flynn mógł okłamywać wiceprezydenta Pence o treści swoich rozmów telefonicznych z rosyjskim ambasadorem w USA, p. Kisljakiem. Rzekomo mieli rozmawiać o tym, że kiedy Trump zostanie prezydentem, to sankcje nałożone na Rosję przez Obamę zostaną cofnięte. New York Times i Washington Post podały, że taka właśnie była treść rozmowy, co w oczywisty sposób nie przystoi doradcy Trumpa, łamie prawo, ale również łamie podstawowe zasady prowadzenia polityki zagranicznej.

Trump się Flynna pozbył, choć był on jego najwierniejszym zwolennikiem i człowiekiem, który najwyraźniej tłumaczył prezydentowi zawiłości polityki zagranicznej, wojskowej, przewodnikiem po świecie wywiadu amerykańskiego i którego antyislamskie poglądy współgrały z poglądami prezydenta.

Osobista dygresja: generała Flynna miałem okazję obserwować podczas jednej, krótkiej okoliczności w Kabulu, około wiosny 2009 r. podczas briefingu. Wprowadzał on największą, najbardziej słuszną i najbardziej błyskotliwą reformę wywiadu wojskowego w armii amerykańskiej i w operacji ISAF. Ludzie, którzy pracowali wówczas w Pentagonie i Defense Intelligence Agency z ekstazą opisywali, że Flynn dosłownie burzy ściany, tworząc nowe, elastyczne struktury do walki z talibami i Al Kaidą. To była autentycznie nowa jakość. Po tym okresie uważałem gen. Flynna za wielkiego i przede wszystkim mądrego żołnierza.

Potem go wywalili z DIA, po tym, jak nie mógł poradzić sobie z podwładnymi i olbrzymią strukturą administracyjną. Potem jeszcze pojawił się w Russia Today. A w 2015 i 16 roku wypłynął jako najostrzejszy krytyk Hillary Clinton i miłośnik Trumpa.

No dobrze, czy rzeczywiście gen. Flynn knuł z rosyjskim ambasadorem, kiedy w Białym Domu zasiadał prez. Obama? On, stary i szczwany wywiadowca, nie mógł domyślić się, że komunikacja telefoniczna rosyjskiej ambasady jest kontrolowana operacyjnie przez FBI?

Może tak, może nie, co dla mnie jest jednak największym skandalem (oczywiście amerykańskim, więc nie powinienem się emocjonować), to fakt, że po pierwsze, informacje o kontroli korespondencji ambasady w Waszyngtonie nie powinny ujrzeć światła dziennego. Niby wszyscy wiemy, że wszyscy wszystkich podsłuchują, ale jednak jakaś dyplomatyczna przyzwoitość jest potrzebna. Po wtóre, okazuje się, że doniesienia NYT i WP o zapewnieniach Flynna niekoniecznie muszą być dokładne. Otóż Bloomberg wskazuje, że z zapisu rozmowy nie wynika, by Flynn czynił jakieś obietnice, a raczej, że to Rosjanin wciągał Flynna w grząski temat sankcji.

Nie bronię Flynna, uważam, że jego zachowanie od początku kampanii było skandaliczne i zwariowane, z pewnością nie bronię też Trumpa, bo to człowiek o wyjątkowo niskich kwalifikacjach prezydenckich. Wydaje mi się jednak, że największym przegranym jest amerykańskie państwo, które dzięki złej prezydentury znalazło się w kryzysie niezasłużonym i z pewnością groźnym. Cieknące służby, media z lewej i prawej nie znające umiaru, prezydentura, która przynosi wstyd Ameryce i jest utrapieniem świata. Rozedrganie państwa powoduje, że skądinąd przyzwoici ludzie ze służb wpadają w najwyższe emocje, gadają bzdury i upubliczniają dokumenty. Kryzys państwa, styl „wrogiego przejęcia” i niedostatki przywódcy rozwibrowywują całe państwo.

Poległ generał Flynn, polegną niedługo inni zaufani członkowie tej administracji, bo nie o nich tu chodzi, oni są zaledwie przystawkami do głównego dania, jakim może stać się dla Demokratów i kilku Republikanów nieudolny i zagrażający światowej pozycji USA prezydent. Prezydent, który nie potrafił zbudować żadnej spójnej polityki zagranicznej lub wojskowej, który Amerykę osłabia, zachwycony jednak tym, że go słuchają w Ohio i noszą tam jego czerwone czapeczki. Jak zwykle z populistami bywa – są nieudolni i potykają się o własne nogi. Wtedy mogą stać się albo dyktatorami albo ciamajdami.

Tu będzie szło na ostro, tu będą poświęcane interesy również partnerów amerykańskich. Pamiętamy jak wewnętrzne spory w CIA doprowadziły do ujawnienia istnienia „black sites” w których torturowano więźniów, również w Polsce. Zdaje się, że ponownie służby amerykańskie są strefą wojny i zarazy, która może rozlewać się na partnerów i sojuszników.

I jeszcze dygresja z naszego podwórka. Również u nas widzimy w mediach oficerów, generałów wojska i służb opowiadających różne, najczęściej niesmakowite kawałki o swoich incydentalnych kontaktach z polityką. Rozedrganie państwa, permanentny kryzys struktur również u nas powoduje, że oficerowie wychodzą z tradycyjnych, milczących ról i zajmują stanowiska. Dla mnie to jest po prostu zgroza i niszczenie państwa, nawet jeśli mogę podzielać ich rozżalenie i gniew. Niemniej jednak, jak w przypadku Ameryki, winę za ten godny pożałowania stan zrzucam na władze polityczne, które doprowadziły państwo do kryzysu swoimi postawami i niekompetencją.

Uważam, że oficer musi ipowinien milczeć, a jeśli ma jakieś faktycznie straszliwe informacje o bezprawiu, to niech z tym idzie do odpowiednich komisji sejmowych, jeśli prokuraturze nie ufa, a nie do telewizji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s